23 Lipca 2012

Guns N' Roses - Ron "Bumblefoot" Thal - Ludzie powinni cieszyć się, że ten zespół nadal istnieje...

Choć obecnie kojarzony jest przede wszystkim z zespołem Guns N' Roses, Ron "Bumblefoot" Thal ma w swym muzycznym dorobku znacznie więcej dokonań. Jest nie tylko genialnym gitarzystą, ale i producentem, inżynierem dźwięku, pisze muzykę i teksty, śpiewa, uczy. Nagrał 8 solowych płyt, przyczynił się do powstania wielu innych. O swoich początkach, jak i bardziej aktualnych projektach opowiedział mi w rozmowie przeprowadzonej w przeddzień koncertu Gunsów w Rybniku.

fot. Małgorzata Sęczak
fot. Małgorzata Sęczak

Małgorzata Sęczak: Od lutego znów jesteście w trasie - najpierw po Stanach, a teraz w Europie - czy któryś z tych ostatnich koncertów był dla ciebie wyjątkowy, z jakiegoś powodu szczególnie ważny? A może wszystkie są takie same?

Ron Thal: Wyjątkowo ważny był koncert w Dublinie. Kiedy graliśmy tam po raz ostatni 2 lata temu, mieliśmy pewne problemy, na scenę wyszliśmy też ze sporym opóźnieniem, koncert został przerwany... Tym razem chcieliśmy więc w jakiś sposób zrekompensować to naszym fanom. Daliśmy naprawdę solidne show i moim zdaniem nie było do czego się przyczepić. Zagraliśmy też wiele innych dobrych koncertów. Dla mnie ważne jest to, by rozpoczynały się one z jak najmniejszym opóźnieniem. Jeśli ludzie zbyt długo czekają, to normalne jest, że się wkurzają i zaczynają się gwizdy. Wtedy i ja jestem wkurzony, bo przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. Robimy koncerty przede wszystkim po to, by ludzie dobrze się bawili, by dostarczyć im pozytywnych emocji, a nie po to, żeby się wściekali jeszcze przed naszym wyjściem na scenę.

MS: A jeśli uda się w miarę punktualnie rozpocząć koncert, to co decyduje o tym, że jest on dla ciebie udany: to, jak zagraliście czy jak bawiła sie publiczność?

Ron: Kiedyś ważniejsze były dla mnie moje własne odczucia, zarówno w trakcie, jak i po koncercie. Ale zawsze były one zupełnie odwrotne do tego, jak reagowała publiczność. Mówię tu nie tylko o koncertach z Gunsami. Za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że świetnie zagrałem, tak na stówę, słyszę głosy, że komuś się to bądź tamto nie podobało. Ale kiedy zdarza mi się słabszy występ, robię błędy i w ogóle kiepsko gram, wszyscy mi mówią, że było zajebiście. Może ta perspektywa na scenie i spod sceny jest zupełnie inna? Tak czy inaczej, przestałem się katować tym ocenianiem występów, staram się po prostu za każdym razem zagrać jak najlepiej.

MS: Jesteś w zespole Guns N' Roses od ponad 6 lat - czy na tym etapie rola gitarzysty Gunsów jest dla ciebie najważniejsza, czy też traktujesz ten zespół jako jeden z wielu projektów, w których bierzesz udział?

Ron: Myślę, że i to i to. Kiedy gram z Gunsami, to jestem przede wszystkim ich gitarzystą i ten zespół jest dla mnie priorytetem. Ale kiedy nie jestem z nimi w trasie, robię przecież tak wiele innych rzeczy, współpracuję też z innymi artystami. Guns N' Roses to oczywiście największy projekt, w który jestem zaangażowany i mam świadomość, że dla wielu ludzi liczy się tylko ta najbardziej rozpoznawalna nazwa, ale ja sam nie definiuję się tylko jako ich gitarzysta.

MS: Często mówi się, że G N' R dziś to już nie to samo, co ten zespół sprzed lat, w oryginalnym składzie. Jaki Ty masz do tego stosunek? Jak reagujesz, gdy porównuje się ciebie np. do Slasha?

Ron: Tak długo, jak ten zespół będzie istniał pod nazwą G N' R, zawsze już jego skład będzie porównywalny do jakiejkolwiek wersji składu z przeszłości. Ludzie robią jakieś zestawienia, próbują stworzyć taką trochę sztuczną rywalizację między nami. A my po prostu jesteśmy muzykami, robimy to samo i z reguły jeden nie ma nic do drugiego. To nie ja jestem odpowiedzialny za to, że Slash odszedł. Wiesz, mógłbym oburzać się na takie uwagi, ale to przecież nie ma sensu. Zamiast tego mówię: "Slash był wtedy, ja jestem teraz - zapraszam na koncert". Myślę, że takie porównywanie nas jest po prostu żałosne, niczego przecież nie zmieni. Przecież się nie popłaczę tylko dlatego, że ktoś powiedział, że wolałby zobaczyć na scenie Slasha. Ilu jest ludzi, tyle opinii, a jeśli chodzi o Guns N' Roses, to są to przeważnie bardzo skrajne opinie. Wiele osób ma pretensje o to, że zespół działa pod tą samą nazwą, mimo, że prócz Axla, nie ma już nikogo z pierwotnego składu. Ludzie muszą jednak zrozumieć, że to jest zespół Axla, od dnia pierwszego. A to, że inni odeszli - tak się po prostu dzieje. Ilu gitarzystów było w Red Hot Chili Peppers? Ilu w Whitesnake? Ilu wokalistów miał Black Sabbath czy Deep Purple? Historię zespołu można porównać do książki, która ma wiele rozdziałów. Jeśli zespół istnieje przez kilka dekad, to normalne jest chyba, że następują w nim zmiany. Niewiele jest zespołów, które przetrwały w swoim oryginalnym składzie - udało się to na przykład The Four Tops - skład się nie zmienił przez ponad 40 lat, aż do śmierci jednego z nich. Innym przykładem mogą być The Beatles, ale oni grali zaledwie dekadę. Generalnie nie można oczekiwać, że kilku ekscentrycznych facetów zwiąże się ze sobą niczym przysięga małżeńską i będzie trwać w zespole wiecznie. Pozabijaliby się przecież. Myślę, że ludzie powinni docenić to, że Axl wciąż ma ochotę dalej ciągnąć ten zespół, i że znajduje muzyków, którzy chcą to robić razem z nim. Że wciąż dajemy solidne, energetyczne, prawie trzygodzinne koncerty. Więc zamiast narzekać na zmiany w składzie, ludzie powinni cieszyć się, że ten zespół nadal istnieje. Era Axla i Slasha była wielkim etapem w historii Guns N' Roses, ale obecnie również dzieje się mnóstwo pozytywnych rzeczy. Choćby to, jak zespół otworzył się przez ostatnie kilka lat. Kiedy ja dołączyłem w 2006 r. nie było żadnej interakcji z fanami. Postanowiłem to trochę zmienić - na początku spędzałem po 6 godzin dziennie, odpisując na maile, organizowałem spotkania Meet & Greet. Wcześniej tego nie było! Teraz takie spotkania odbywają się dość regularnie, w necie na bieżąco zamieszczamy też zdjęcia z trasy. Dlatego uważam, że obecny rozdział zespołu również ma dużo do zaoferowania. Natomiast cała książka pod tytułem Guns N' Roses będzie najbardziej zwariowaną pozycją w historii światowego rocka, tego jestem absolutnie pewien!

MS: A jaka teraz panuje atmosfera w zespole, jakie macie relacje z Axlem? Spędzacie razem czas poza koncertami?

Ron: Jasne, że tak. Zazwyczaj wszyscy zostajemy po koncercie, siedzimy, żartujemy. Jeśli jest jakieś after party, to Axl i DJ zawsze się na nim pojawiają. Ja sam nie imprezuję z nimi już tak często, jak to robiłem w przeszłości, nabrałem trochę dystansu, ale spotykam się z chłopakami w innych okolicznościach - z Richardem często chodzę na siłownię, z Tommym i Dizzym przesiaduję w jakimś barze do późna w nocy. Wczoraj z DJ'em włóczyliśmy się po Krakowie... naprawdę spędzamy ze sobą sporo czasu kiedy jesteśmy w trasie. Logistycznie zespół podróżuje oddzielnie i Axl oddzielnie, ale to dlatego, że on inaczej przygotowuje się do koncertu. Ale ostatecznie i tak w końcu spotykamy się na scenie ;)

MS: Pamiętasz swój pierwszy koncert z Gunsami w Nowym Jorku w 2006 r.? Stresowałeś się trochę?

Ron: Nie aż tak bardzo, pewnie dlatego, że w dość zwariowanych okolicznościach trafiłem do zespołu. Rozmowy z managementem rozpocząłem jeszcze w 2004 r., ale polegały one bardziej na wymianie pomysłów, muzyki. Żadne konkretne propozycje nie padały. Byłem też cały czas w kontakcie z chłopakami z zespołu, a także z Caram - ich producentem. I wtedy pojawiły się plotki, że mam dołączyć do składu. Próbowałem je zdementować, ale moje wypowiedzi, wycięte przez niektórych z kontekstu, tylko pogorszyły sprawę. Dodatkowo pokłóciłem się jeszcze z managementem, nie gadaliśmy przez półtora roku. Nie chciałem więc mieć z nimi nic wspólnego. I dopiero na kilka tygodni przed trasą w 2006 r. ponownie się ze mną skontaktowali z zapytaniem, czy mam ochotę zagrać na tej trasie. Kazałem im się odwalić. Wciąż byłem na nich wkurzony. Ale mój kolega, notabene prawnik, namówił mnie, bym chociaż z nim pogadał. Tylko dla niego się zgodziłem. Następnego dnia spotkałem się z zespołem, zagraliśmy 3 kawałki z "Appetite For Destruction" - były to chyba "Mr. Brownstone", "Paradise City" i "Welcome to the Jungle". Wyszło nieźle, więc kolejnego dnia spotkaliśmy się ponownie - w sumie jammowaliśmy przez 7 dni, a potem pojechałem z nimi w trasę.

MS: A to prawda, że nie dostałeś nawet kopii "Chinese Democracy", by zapoznać się z materiałem?

Ron: Prawda, niestety. Tak bardzo martwili się, że ten nowy materiał wycieknie, że nawet mnie nie dali. Ten album to była pilnie strzeżona tajemnica, a przecież wówczas jeszcze mnie nie znali. Więc nowych kawałków z "Chinese Democracy" uczyłem się mając do dyspozycji długopis, kartkę papieru, słuchawki i pół godziny na przesłuchanie. Przed tym pierwszym koncertem martwiłem się tylko, czy nie pomylą mi się piosenki, bo nie pamiętałem nowych tytułów. Miałem nawet ściągawki poprzyklejane do głośników, cały czas robiłem też notatki, zapisywałem wszystko, co wydawało mi się istotne. W ten sposób się uczyłem. Ale nie to było dla mnie najtrudniejsze - gorsze było to, że nie miałem wówczas żadnego wsparcia. Od nikogo. Zaproszono mnie do składu, Axl chciał mnie w zespole, ale nigdy formalnie mnie nie przedstawił. Nigdy też nie wydano żadnego oświadczenia w mojej sprawie. Pewnego dnia po prostu pojawiłem się na scenie, bez żadnych wyjaśnień kim jestem i co tam robię. Dlatego fani reagowali jak reagowali, byli w stosunku do mnie bardzo nieufni. Musiałem sam utorować sobie do nich drogę, dotrzeć do nich z informacją o sobie. Sam zespól i ekipa początkowo też nie okazywali zbyt wielkiego wsparcia. Na koncertach nie miałem swojego mikrofonu, nie było dla mnie miejsca w pokoju mikserskim. Miałem do zaoferowania tej grupie trochę więcej niż tylko gra na gitarze, ale nikogo to nie interesowało. Dopiero gdzieś tak w okolicach wydania "Chinese Democracy" zespół uświadomił sobie, że i ja mam swój cel, że chcę wnieść coś więcej. Na koncertach zacząłem robić chórki, grać na gitarze bezprogowej. Tak więc upłynęło sporo czasu zanim poczułem się mile widziany w tym zespole.

MS: Pomówmy o innych twoich dokonaniach - wydałeś 8 albumów solowych, piszesz też muzykę dla innych wykonawców, oprócz tego produkujesz, promujesz... ponoć bardzo wcześnie zacząłeś tę swoją muzyczną przygodę?

Ron: Tak, kiedy miałem 5 lat usłyszałem album Kiss i od tamtej pory wiedziałem, co chcę w życiu robić. Zanim skończyłem 7 lat miałem już swój pierwszy zespół, nagrywałem dema...

MS: Nagrywałeś dema w wieku 7 lat?! Chyba trochę przesadzasz...

Ron: Słowo daję, mam nagrania, mógłbym ci puścić (śmiech). Naprawdę te pierwsze nagrania pochodzą z okresu, kiedy miałem 7 lat. Pisałem już wówczas piosenki, uczyłem się grać na gitarze i kombinowałem, jak tę moja muzykę zarejestrować. Graliśmy z kolegami u mnie w domu na przykład, instrumenty ustawialiśmy jak najdalej od siebie, a nasze wyczyny muzyczne nagrywaliśmy za pomocą dwóch magnetofonów. Przez długi czas tak tworzyliśmy nasze dema. Byliśmy dzieciakami, nie mieliśmy pieniędzy na studio, więc musieliśmy sobie jakoś radzić. Sami też robiliśmy nasz art - rysowaliśmy okładki płyt, robiliśmy konfetti na koncerty. A graliśmy gdzie się dało - w szkole, na podwórku. Z biegiem lat dorobiliśmy się gitar elektrycznych, więc nasz repertuar wzbogacił się o covery Ramones, Pink Floyd, Led Zeppelin. Kiedy miałem już lepszy sprzęt, zacząłem nagrywać i inne zespoły. Cały czas się uczyłem, a parę lat później wiedziałem już na tyle dużo, że mogłem uczyć innych. Zacząłem współpracować z innymi artystami. Ten świat muzyczny coraz bardziej się rozrastał wokół mnie, aż znalazłem się w miejscu, w którym jestem teraz:)

MS: Wiem, że twoje 2 ostatnie solowe płyty: "Normal" z 2005 r. i "Abnormal" z 2008 mają jakiś związek z zażywaniem i odstawieniem przez ciebie lekarstw. Opowiedz, o co dokładnie chodziło.

Ron: Płytę "Normal" napisałem po okresie głębokiej depresji, kiedy to bezustannie brałem jakieś antydepresanty, tak naprawdę byłem nimi zamroczony, nie miałem pomysłów, nie byłem w stanie tworzyć muzyki. Poczułem się lepiej dopiero, jak je odstawiłem. Tą płytą chciałem więc oddać tę depresję, huśtawkę nastrojów, jakiej doświadczyłem. To był również okres, kiedy zacząłem walczyć z managementem Gunsów i to wkurzenie dało mi kopa do pisania. Znów poczułem w sobie jakieś silne emocje, a piosenki właściwie same zaczęły układać mi się w głowie. Po wydaniu tego albumu pojechałem z zespołem w trasę po Europie. Wymyśliliśmy sobie wtedy, że się trochę powygłupiamy - ekipa nosiła takie niebieskie szpitalne fartuchy, a zespół białe kaftany bezpieczeństwa plus maski ą la Hannibal Lecter z "Milczenia Owiec". I tak przebrani wchodziliśmy np. do restauracji. Nieźle to wyglądało - grupa sanitariuszy wprowadzająca czterech gości w kaftanach bezpieczeństwa ;) Ale to była naprawdę świetna trasa, mieliśmy mnóstwo zabawy. Kolejna trasa miała prowadzić od Rosji po Islandię, ale wówczas zacząłem grać z Gunsami i musiałem tamte koncerty odwołać. A jeśli chodzi o album "Abnormal", był on niejako odzwierciedleniem tego, co pojawiło się na "Normal" - ten sam klucz, te same akordy, tylko energia była zupełnie inna. Wtedy już nie brałem żadnych lekarstw, miałem czysty umysł, byłem sobą i to słychać na tej płycie - jest taka wolna, niczym niepohamowana. Ale kocham obydwa te albumy, jestem z nich naprawdę dumny.

MS: A jak określiłbyś charakter 9 singli, które wypuściłeś cyfrowo w ubiegłym roku?

Ron: Pierwszą z tych piosenek napisałem dla firmy wydawniczej, do ich biblioteki. Ale był to dla nich za ciężki materiał, więc napisałem kolejną - "Pink Panther Theme". A potem pisałem kolejne i wypuszczałem je w postaci singli - jeden na miesiąc. Ale każdy z nich był czymś więcej niż tylko empetrójką, każdy pojawił się wraz z transkrypcją, wersją instrumentalną. Wydawałem te single, bo wiedziałem, że nie uda mi się nagrać całego albumu, że będąc w trasie z G N' R, po prostu nie mam na to czasu. Postanowiłem więc wypuszczać nowy materiał właśnie mniejszymi partiami.

MS: Ale są chyba jakieś szanse, że kiedyś zbierzesz te single i wydasz je na krążku?

Ron: Tak, cały czas się nad tym zastanawiam. Wiem, że jest spora grupa ludzi, którzy chcieliby mieć taki album w ręku, a nie tylko empetrójki na kompie, więc może rzeczywiście powinienem te single zebrać. Jeśli napiszę jeszcze kilka piosenek, to pewnie wrócę do tematu. Na razie jestem zadowolony, że w ogóle udało mi się wypuścić nowy materiał, bo przecież od września byłem już w trasie z Gunsami.

MS: Chcę cię spytać o piosenkę "Glad To Be Here", która ma taki fajny, sarkastyczny tekst - czy dlatego zdecydowałeś się wykonywać ją jako swój solowy numer na tej trasie? Jeszcze do niedawna grałeś "Pink Panter Theme"...

Ron: Zgadza się. Ale w pewnym momencie ktoś zasugerował, bym coś zmienił, może nawet zaśpiewał. Generalnie opieram się takiemu wciskaniu mojej muzyki w nasz repertuar koncertowy, bo uważam, że ludzie, którzy przychodzą na nasze koncerty chcą słuchać przede wszystkim piosenek Guns N' Roses, a niekoniecznie moich. No ale tak się przyjęło, że robimy jakieś swoje solowe numery. Zastanawiałem się więc, co mógłbym zaśpiewać, przewertowałem w głowie swoją dyskografię i ta piosenka wydała mi się najwłaściwsza. Jest sarkastyczna, owszem, ale jest też taka radosna, optymistyczna. Poza tym, ma też dobry środek, który można rozciągnąć i wówczas Frank wchodzi z perkusją i robi swoje małe solo. Inna rzecz, jeśli mam akurat zły dzień i jestem w złym humorze wchodząc na scenę, to po tej piosence mi przechodzi;)

MS: Jednym z twoich ostatnich projektów jest album Alexa Vetere "Breathe Again" [www.alexavetere.com] - wyprodukowałeś ten album, napisałeś też sporo materiału. Powiedz jak doszło do tej współpracy i co to w ogóle za muzyka.

Ron: To wypadkowa mojej muzyki i muzycznych upodobań Alexy - ona uwielbia klasycznego rocka. Alexa jest córką znajomego, poznałem ją gdy była jeszcze nastolatką. Marzyło jej się wtedy muzykowanie, bardzo chciała nagrać płytę. Tyle że ani na niczym nie grała, ani nie śpiewała, nie napisała też nigdy wcześniej ani jednej piosenki. Pomyślałem: "To dopiero będzie wyzwanie!" Podjąłem je jednak, zacząłem uczyć ją grać na gitarze, zapisała się na lekcje śpiewu, cały czas słuchaliśmy mnóstwa muzyki, później pisaliśmy wspólnie piosenki i nagrywaliśmy dema. Kapela, z którą wówczas grałem stała się jej kapelą, ja grałem oczywiście na gitarze, czasami wspomagałem ją wokalnie. Mieliśmy trochę nagranego materiału, a nawet zagraliśmy kilka koncertów, ale wówczas Alexa poszła do college'u, a ja dołączyłem do G N' R i drogi nam się rozeszły. Nigdy jednak nie zapomnieliśmy o tamtych planach. W zeszłym roku znów się spotkaliśmy i tym razem postanowiliśmy dopiąć ten projekt. Zrobiliśmy plan działania i skrupulatnie go realizowaliśmy: najpierw powstała strona internetowa, później kończyliśmy piosenki, nagrywaliśmy je, miksowaliśmy. Aż w końcu nagraliśmy i wydaliśmy cały album. Udało nam się sfinalizować coś, co rozpoczęliśmy wiele lat temu. Dla Alexy ta płyta jest więc podsumowaniem sporego kawałka jej życia.

MS: W ubiegłym roku współpracowałeś też z meksykańską piosenkarką Poc, której pomogłeś wydać album "Rise Above" [www.pocnation.com]- czy to kolejna długoletnia znajomość?

Ron: Nie, to zupełnie inna historia. Jej manager skontaktował się ze mną, najpierw chciał, bym zagrał na jej płycie, a później zaproponował, bym zajął się również produkcją. Zgodziłem się i zaprosiłem ją do swojego studia - mieszkała tam przez prawie dwa miesiące. Pisaliśmy nowe piosenki, przerabialiśmy stare. Zaangażowałem w to Franka Ferrera - perkusistę Gunsów, sam dołożyłem gitary i chórki i w ten sposób powstał album, który zatytułowaliśmy "Rise Above", co miało związek z tym, czego wówczas doświadczaliśmy. To był okres wyjątkowo niefortunnych zdarzeń - mieliśmy wtedy trzęsienie ziemi, falę upałów, powódź - cała piwnica mojego studia włącznie z powierzchnią mieszkaniową została zalana. Mój dość bliski krewny został zamordowany. Mnóstwo naprawdę okropnych rzeczy wydarzyło się w ciągu tamtych dwóch miesięcy. Na domiar złego manager Poc wycofał się z tego projektu, nie wypłacił mi 20 tys. dolarów honorarium. Ale na tym etapie płyta była prawie gotowa, więc postanowiłem wydać ją z własnych środków. Nie mogłem przecież pozwolić, by cała nasza praca poszła na marne i odesłać Poc z niczym do domu. Wydałem więc jej album, załatwiłem również, by otwierała kilka koncertów Gunsów w Meksyku.

MS: No właśnie, oprócz tego, że jesteś świetnym gitarzystą, piszesz, śpiewasz, masz również opinię znakomitego producenta i z tego, co wiem bardzo lubisz zajmować się produkcją. Co zatem daje Ci większą satysfakcję: gra czy produkowanie?

Ron: Wiesz co, trudno jest mi odpowiedzieć, bo uwielbiam robić i to i to. Ale gdybym musiał wybierać, myślę, że zostałbym przy gitarze. Jest we mnie taka ogromna potrzeba tworzenia muzyki, a gitara mi to umożliwia. Produkowanie to zaś nadawanie dźwiękom jakiejś formy. Studio jest dla mnie miejscem twórczości, można tam robić rzeczy niemal niemożliwe, takie, których nigdy nie uda się zrobić na scenie. Póki co mogę zarówno grać, jak i produkować i mam nadzieję, że z żadnego z tych zajęć nie będę musiał w najbliższej przyszłości rezygnować.

MS: Sporą część swojego życia poświęciłeś muzyce. Co w zawodzie muzyka jest dla ciebie największym wynagrodzeniem?

Ron: Chyba te chwile, kiedy piosenka jest już ukończona - nagrana, zmiksowana, gotowa, by pójść w świat i trafić do ludzi. Tworzę muzykę przede wszystkim po to, by podzielić się nią z innymi. Oczywiście, w pierwszej kolejności to, co tworzę musi podobać się mnie samemu, ale najważniejsze jest to podzielenie się. Gdybym pisał muzykę tylko dla siebie, nie miałoby to najmniejszego sensu. To tak, jakby ta muzyka w ogóle nie istniała.

MS: A te negatywne strony?

Ron: No są oczywiście i minusy - zawód muzyka nie przez wszystkich brany jest na poważnie. Idąc na przykład do banku po kredyt, mam spore szanse go nie dostać, bo przede wszystkim oceniany jestem po wyglądzie, a poza tym, muzyk to nie jest zawód z regularnym dochodem. Udzielenie kredytu komuś takiemu jest ryzykowne. Ale ja to rozumiem, przecież sami muzycy zapracowali sobie na taką opinię - wielu było takich, którzy roztrwonili fortuny na narkotyki, robili mnóstwo innych nieodpowiedzialnych rzeczy. Muzyk, a szczególnie rockandrollowiec to symbol lekkomyślności. Nieważne, że taki gość z Wall Street też może kupować kilogram kokainy tygodniowo, ale on nosi na co dzień garnitur, więc jest OK. No i zatrudnia go ktoś inny, więc jego praca postrzegana jest jako stabilna. Tyle, że w dzisiejszych czasach chyba nic nie jest stabilne. Wiesz, ja w wieku 20 lat zacząłem inwestować w fundusze emerytalne, bo wiedziałem, że nie będę grał wiecznie. Zainwestowałem też w siebie i oprócz gry na gitarze zdobyłem i inne umiejętności. Jeśli kiedyś nie będę mógł grać w zespole, to będę mógł uczyć bądź produkować. Poradzę sobie. Myślę więc, że zawód muzyka jest o tyle trudniejszy, że musi on sam zadbać o swoją przyszłość, musi sam dbać o swój biznes.

MS: Jesteś w stanie wymienić trzy najważniejsze wydarzenia w swojej karierze?

Ron: Spróbuję. Numerem jeden jest zdecydowanie mój pierwszy występ na Madison Square Garden w Nowym Jorku, było to dokładnie 9 listopada 2006 r. Jest to miejsce, w którym odbywają się największe koncerty w mieście, tam w wieku 9 lat po raz pierwszy oglądałem Kiss na scenie. To było naprawdę niesamowite show, z buchającymi ogniami i fajerwerkami. Marzyłem wtedy, by pewnego dnia też wystąpić na tej scenie. I nadszedł ten dzień kiedy wystąpiłem - były i ognie i fajerwerki i wielkie show :) Drugim takim ważnym momentem było wydanie mojej pierwszej solowej płyty i te wszystkie dobre recenzje, które ona zebrała. Pamiętam, że jeden z japońskich magazynów gitarowych uplasował ją wśród trzech najlepszych debiutów. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że to, co robię ma sens. Trzecie to może nie tyle pojedyncze wydarzenie, co okres w moim życiu, kiedy założyłem własną wytwórnię. W tamtym czasie niewiele było zespołów, które mogły wydawać u siebie. Pamiętam, że dzwoniłem na przykład do Japonii w środku nocy i robiłem wywiad, pamiętam pakowanie i rozsyłanie albumów. Czułem wówczas, że to naprawdę się dzieje, że jestem prawdziwym muzykiem, producentem, że mam swoją wytwórnię, a przede wszystkim kontrolę nad tym, co robię. Byłem zadowolony i wdzięczny za to, że mi się udało. Doszedłem wtedy do takiego momentu w życiu, w którym czułem pełną satysfakcję ze swoich osiągnięć.

MS: Na koniec zapytam cię jeszcze o najbliższe plany - kończysz trasę z Gunsami - co dalej?

Ron: Naprawdę nie wiem, na pewnym etapie przestałem cokolwiek planować, bo za każdym razem kiedy to robiłem, niespodziewanie dowiadywałem się o kolejnej trasie Gunsów. Pod koniec ostatniej trasy w Stanach planowałem po jej zakończeniu polecieć do Birmingham na mały koncert, a później miałem wziąć udział jako juror w konkursie muzycznym w Islandii. I nagle na 4 dni przed końcem trasy dowiedziałem się, że przedłuży się ona o kolejne 3 tygodnie. I musiałem odwołać tamte występy. Będąc w tym zespole, nie bardzo można cokolwiek planować, bo tu wszystko ustala się na ostatnią chwilę. Myślę więc, że do końca tego roku będę skupiał się na projektach, które nie są bardzo wiążące czasowo. Mam nadzieję, że napiszę też trochę nowej muzyki, jest też kilka osób, które chcą mnie zaangażować do współpracy. Czyli będę robił, co się da, aż do momentu, w którym znów trzeba będzie wyruszyć w trasę.

MS: Ron, wielkie dzięki za tę rozmowę :)

Wywiad zorganizowała Justyna Galińska z 1stRowROCKS

Małgorzata Sęczak

Posted at:
www.rockmagazyn.pl/wywiad/169,guns-n-roses-ron-bumblefoot-thal-ludzie-powinni-cieszyc-sie-ze-ten-zespol-nadal-istnieje.htm